poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Świat zwariował

Mój mały "świat" zwariował.
Czemu?
Zaraz wam powiem.

   Pewnego styczniowego popołudnia, czując, że coś się ze mną się dzieje,  a nie jest to jakaś infekcja przyniesiona z pracy, postanowiłam zrobić test ciążowy. Nie powiem,że pomimo krótkiego stażu małżeńskiego ( 6 miesięcy) nie czuliśmy presji ze strony rodziny ( bardziej dalszej niż bliższej) aby stać się rodziną. Wewnętrznie czułam ( zaczynam wierzyć w moją intuicję),że jestem w ciąży. 
   Presja, wpatrywanie się na spotkaniach rodzinnych na mój brzuch, czy aby ciąża, czy może poświąteczne obżarstwo wprawiało mnie w zakłopotanie i lekko mówiąc denerwowało. Nie wspomnę o głaskaniu brzucha i teksty w stylu "słyszałem,że tam jest dzidziuś", "kiedy będzie dziecko" itp. 
Naprawdę, nie zdawałam sobie sprawy,że rodzina może tak zniechęcić do prokreacji swoim zainteresowaniem a raczej wścibstwem. 
   W tym okresie czując,że jestem w ciąży wykonałam kilka testów ciążowych. Bo jak to wychodzą negatywne, jak ja znam swoje ciało i czuję,że coś się dzieje. W końcu postanowiłam, robię ostatni test, albo wyjdzie albo nie. W głowie myśli " Magda wyluzuj", "nie szalej, nie poddawaj się presji". Po wskazanym czasie pokazał się wynik, tak pozytywny!!! I nagle myśl: "już tak zwariowałam,że widzę 2 kreski czy to dzieje się na prawdę?".
Wieczorem przekazałam wiadomość mojej drugiej połówce. Ucieszył się bardzo, ja zresztą też się cieszyłam. Postanowiliśmy,że na razie oprócz nas nikomu nie będziemy mówić. Jak już minie kilka tygodni, ciąża będzie potwierdzona, to wtedy powiemy najbliższej rodzinie.
 Po kilku miesiącach od wizyty u  Karoliny ( http://bryndalskiswiat.blogspot.com/) dowiedziałam się, że ona też przeczuwała,że jestem w ciąży. Nawet dostałam od niej paczkę z akcesoriami, kosmetykami i preparatami dla kobiet starających się lub będących w ciąży. Wtedy jeszcze nie wiedziałam,że jestem w stanie błogosławionym, chodź jej pies ( zwany wykrywaczem ciąży) nie odstępował mnie na krok. 
Nawet nasz czteronożny przyjaciel, Garfi zaczął czuć,że w brzuchu jego właścicielki coś się dzieje. Wyciszył się, to nie ten zwariowanych kot lubiący o 4 nad ranem włazić na mnie i oczekiwać miziania. Nagle zaczął omijać brzuch, przeskakiwać przeze mnie, ewentualnie kłaść się na nogach. Przejął rolę mojego opiekuna, nie odstępował mnie na krok.

O dalszych moich brzuszkowych perypetiach, przemyśleniach, dolegliwościach przeczytacie niebawem, bo jak by nie było jestem już na końcówce, zostały nam 63 dni do rozwiązania.
A jakie były wasze początki?