niedziela, 13 lipca 2014

Szmatkowo

Dawno nie byłam w szmatkowie ( wypad do secondhandu).

To szał przed ślubny to inne obowiązki nie pozwoliły na wypad. Żeby iść do szmatkowa, muszę mieć chęć, czas, nastrój i być wyluzowana. Kiedyś nie umiałam szukać, nie widziałam w tym nic fajnego. Musiałam do tego dojrzeć. Nie raz znalazłam super ciuszki, super skład, nowe, niezniszczone.
Także pokazuje wam moje wczorajsze łupy.
Dwa pierwsze kombinezony kosztowały po 8 zł i oba są nowe.


Sweter kupiony dla mojego chrześniaka z bardzo dobrego materiału, bardzo ładny idealny na wiosnę i jesień;)  No i koszt 6 zł.



 Spódnica czarna, dopasowana, z tyłu z rozporkiem po środku, za całe 5 zł.


 Bluzka dla Izabelli, napis i rysunek mnie powalił. Jak widać Garfiemu też się spodobała Wiewiórzyca ;)


 Spodnie za 2 zł! Chyba ktoś się bardzo pomylił, przy wycenie bo są nowe!


 Ogrodniczki, wspomnienie młodości ;D Kupione w outlecie za 49 zł.


 Bluzka dla mamy lub cioci ;) Stylista Garfi pokazuje, tak to jest dobre. Lubię kwiatki ;) Za 3 zł.


Wszystkie rzeczy są niezniszczone, trafiło się kilka nowych rzeczy z metkami. Udało mi się kupić jeszcze dwie bluzki do biegania jedna na jesień z długim rękawem, jedna na teraz oraz spodenki do biegania. Sukienkę w kwiaty dla cioci, maxi sukienkę czarną, bluzkę koszulową czarną w kropki dla babci.

W sklepach z odzieżą używaną można kupić za małe pieniądze fajne rzeczy. Poprawić sobie humor, bez utraty dużej ilości gotówki. 

Podobają mi się akcje,że w soboty jest wszystko 50% taniej ale ten tłum przed drzwiami, wyrywanie sobie ubrań, przepychanie się a nawet wyjmowanie z koszyków innych klientek/ klientów to już przesada. Lepiej mieć zasadę jak nie dziś to za tydzień, za miesiąc się uda mi jakieś cudo znaleźć niż rzucać się na ubrania innych jak wygłodniałe zwierze.


Gdybyście chcieli/chciały zobaczyć więcej łupów dajcie znać.

Miłej niedzieli.





Już po... ;)

Już po ;) Od 3 tygodni jestem szczęśliwą mężatką.
Gdybym musiała opisać ślub i wesele jednym słowem to byłoby to: fantastycznie.
Wszystko wypaliło w 200 %.

Mimo,że nie zawsze może być tak jak chcemy to u nas tak było.
Od rana panowało w domu wielkie zamieszenia. Nie dość,że położyliśmy się bardzo późno bo po 24, to wstać trzeba było o 8. Obudziło mnie kapanie...pomyślałam, no nie ale mamy super pogodę ( wnerw)!.
Na szczęście przestało padać, a słonko zaczęło grzać.
Chciałam, żeby Radek nie widział mnie do godziny ślubu i się udało. Chodź od rana próbował a może się uda. Przyjechali ze świadkiem rano, dopytać się co i jak z kwiatami, dobrze,że ich usłyszałam i zdążyłam się schować do pokoju. Babcia miał z nas niezły ubaw, jak rozmawialiśmy przez drzwi ;)
Nawet tata mówił, a co to za zaskoczenie jak cię zobaczy dużo wcześniej. I miał rację jego mina jak przyszedł z wiązanką mówiła wszystko ;)  

Po 9 była już Pani Anetka, fryzjerka. Było nas 9 do czesania. Mieszkanie przeistoczyło się w salon fryzjerski. Niedługo po niej dołączyła do nas Natalka, gość weselny i nasza makijażystka ;).
Atmosfera była super, piłyśmy kawki, herbatki, rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się. 

Gdy my miałyśmy salon w domu, to mój przyszły mąż i świadek pojechali się czesać do Szczytna. Odebrali też kwiaty. Polecam Kwiaciarnie Małgosia w Szczytnie. Piękne kwiaty dostaliśmy! Wiązanka trzymała się ponad tydzień a kwiaty do Kościoła jeszcze stoją i wyglądają pięknie! ;)

Telefony od foto i kamerzysty,że w Olsztynie pada i co z sesja itd a ja mówię, u nas piękna pogoda. Niestety albo stety sesji nie było w dniu ślubu, ale to lepiej bo Radek nie widział mnie do czasu błogosławieństwa oraz na sesji po ślubie mogłam z suknią robić praktycznie wszystko i się nie bać, że pójdę w brudnej do ołtarza. ;) 

Tata wraz z pomocnikami napompował balony i zrobił z nich piękną dekoracje- byłam zaskoczona efektem ;)

W domu nadal panował szał. Tata widząc co się dzieje, stwierdził, że łatwiej jest iść do kogoś na wesele niż swoje robić. Nie ma stresu i jakoś ciszej jest w domu ;D 
Niedługo po tych słowach dojechała moja kochana świadkowa, najlepsza przyjaciółka Wiola z chłopakiem Karolem.
Dzięki tylu osobom przebywających w domu jakoś nie czułam stresu. Zaczęło się jak przyjechali foto i kamerzysta. Ubieranie się. I dotarło do mnie: to już.!?
O mamo... 
Pokręcili, poklikali zdjęcia. Pojechali do Radka ( wraz ze świadkiem i bratem spał w naszej letniej rezydencji).

Mieszkanie się wyludniło a mój stres zaczął działać. Kilka kawałków czekolady i jakoś się udało.
( z moją kochaną Wiolą i Izabelcią )

Zanim się obejrzałam przybyła rodzina, znajomi i za chwile przybył Radek, wyglądał zniewalająco, mega przystojnie ( zresztą jak będą zdjęcia to sami przyznacie mi rację ).
Zaczęło się błogosławieństwo, rodzice i my daliśmy radę.

W kościele było pięknie. Jakoś szybko zleciało. Tata prowadził mnie do ołtarza. Jednak moment przysięgi rodzi największy stres. Obyło się bez łez. 
Gdy wychodziliśmy z Kościoła zaczęło kropić więc życzenia odbyły się na sali. Starym zwyczajem mieliśmy bramy, około 15! 
Jadąc na sale stres całkowicie opadł, cieszyliśmy się,że  teraz poszalejemy ;)
Tańczyliśmy, wygłupialiśmy się, piliśmy z ciociami, wujkami, siostrami, braćmi, kuzynami, znajomymi, sąsiadami.
Wszystkie niespodzianki się udały począwszy od fajerwerków, prezentów dla rodziców i innych atrakcji ale też niespodzianka od rodziców zaskoczyła wszystkich albowiem przybył do nas Jurand ze świtą ( gdyż pochodzę ze Spychowa i tam też odbył się ślub). 
                                         
Radek pasowany był na Rycerza a ja, dostałam piękny obraz, żebym nie tęskniła za rodzinnym domem.

                                   

Bawiliśmy się do białego rana,parkiet pękał w szwach.
Skutkami dobrej imprezy są bolące stopy, utrata głosu  ( Karolinka, Karolinka ;*)( nie zapomnę jak mama na poprawiny przywiozła Ci leki a twoje pytanie: a można je łączyć z alkoholem? )
Na poprawinach też jeszcze szaleliśmy ale dużo spokojniej.

Dziękujemy wam wszystkim, że byliście z nami w tym ważnym dla nas dniu, za obecność, życzenia, uśmiechy, tańce, atmosferę, prezenty i za niezapomniane wrażenia. ;*